"Przecież Filipowicz nie miał biografii. Pisał, łowił ryby i był outsiderem. Co w tym ciekawego?" - taką opinię przytacza Justyna Sobolewska, autorka opowieści biograficznej o Kornelu Filipowiczu "Miron, Ilia, Kornel". Utwory Filipowicza, który był przede wszystkim mistrzem małej prozy, zostały nieco zapomniane - zdaniem Sobolewskiej, bardzo niesłusznie. Opowieść o nim to także spojrzenie na historię Polski, od pierwszego wspomnienia pisarza - żołnierzy w rogatywkach, którzy w 1918 roku przynieśli Polsce niepodległość, po pierwsze wolne wybory w 1989 roku (pisarz zmarł w 1990 r.). Jest to opowieść tym ciekawsza, że bohaterem jest polski lewicujący inteligent, który nigdy nie zapisał się do partii, a w swoim czasie stał się jednym z filarów krakowskiej opozycji.

"Nadziwić się nie mogę Jego całkowitej nieobecności" – pisał Jerzy Pilch w latach 2000. "Wysoki, szczupły, siwy, rasowy prozaik taki być powinien. (…) Był moim opiekunem, przyjacielem i mistrzem - jedynym pisarzem, któremu, młodziutki trzydziestolatek, przynosiłem do oceny pierwociny literackie. +Coś tam przyniósł?+ - pytał, zapalając papierosa. +Opowiadanie+. +Wieleż ma stron?+ +Dwanaście+. Kornel się rozmarzał, jego jasne oczy stawały się jeszcze jaśniejsze; zaciągał się głęboko i mówił: +Piękny rozmiar+". Pilch wspominał, że w latach 70. czy 80. "chodziło się do Kornela", a bywanie tam było wyróżnieniem i symbolicznym przyjęciem do świata ludzi pióra.

"Należał do tych pisarzy, których twórczość i życie składają się w jedną całość, a styl, sposób bycia i moralność wyrastają z wspólnego pnia" - pisała o Filipowiczu Teresa Walas. "Szlachetność była cechą jego rysów, prozy i zachowań. Przenikliwość umysłu i realistyczne spojrzenie byłego biologa łączył z niezawodnym instynktem moralnym. Był pięknym mężczyzną, człowiekiem powściągliwym, zawsze ujętym w formę, cienkim, skłonnym do dowcipu. Na tle pozbawionego właściwości świata PRL-u rysował się jak szeryf z klasycznego westernu: męski, odważny, prawy, obdarzony na dodatek artystycznym talentem i zmysłem zabawy. Wzbudzał szacunek, zaufanie i podziw; służył pomocą, ale i onieśmielał, trzymał na dystans".

Książka "Miron, Ilia, Kornel" to, jak podkreśla Sobolewska, nie biografia, ale opowieść biograficzna, choć bez próby fantazjowania na temat tego, co jej bohater mógł czuć i myśleć. Tytuł zbudowała z imion - Miron to imię chrzestne Filipowicza, Ilią, nie wiadomo dlaczego nazywali go pierwsza żona, awangardowa artystka Maria Jaremianka, a jako Kornel zaczął publikować. Cennym materiałem dla biografki okazała się zawartość pewnej starej walizki, którą Szymborska spakowała po śmierci pisarza. Uważana przez lata za zaginioną, została odnaleziona a w niej były niepublikowane listy, notatki, pamiątki rodzinne Filipowicza, nawet karteczki od zakochanych w nim gimnazjalistek z okresu szkolnego.

Filipowicz urodził się w Tarnopolu 27 października 1913 roku, po I wojnie światowej rodzina osiedliła się w Cieszynie, gdzie przyszły pisarz poznał swojego mistrza - Juliana Przybosia, poetę Awangardy Krakowskiej, wykładowcę tamtejszego gimnazjum. Filipowicz studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim biologię, związał się wtedy z organizacjami lewicowymi: Związkiem Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej i Międzynarodową Organizacją Pomocy Rewolucjonistom. Do komunizmu zniechęcił się jeszcze przed wojną przed która zdążył zadebiutować opowiadaniem "Zapalniczka" opublikowanym w "Zaraniu Śląskim".

Filipowicz brał udział w kampanii wrześniowej, został wzięty do niewoli, z której udało mu się zbiec. Działał w konspiracji, współpracując ze środowiskiem lewicowym. W czasie okupacji pracował jako urzędnik w kamieniołomach pod Kielcami, krakowskim antykwariacie i biurze budowlanym. Równocześnie publikował w konspiracyjnych wydawnictwach wiersze. Autorką ilustracji do "Mijanych" – debiutanckiego tomiku poezji Filipowicza wydanego tamtym czasie, była Maria Jarema – współzałożycielka Grupy Krakowskiej i Teatru Cricot, pierwsza żona pisarza, uwieczniona w kilku jego opowiadaniach. Filipowicz został aresztowany przez Gestapo w kwietniu 1944. Był więziony najpierw w Krakowie na Montelupich, potem w obozach koncentracyjnych w Gross-Rosen i Oranienburgu. Doświadczenia okupacyjne stały się powracającym tematem jego utworów.

W dorobku Filipowicza są dwa cykle powieściowe, pięć mikropowieści, wiersze, scenariusze filmowe i teatralne, słuchowiska oraz przeszło sto osiemdziesiąt opowiadań drukowanych w czasopismach i indywidualnych tomach. Najważniejsze były opowiadania. Pilch mówił, że podjąłby się wybrać z nich dwutomowy zbiór, w którym byłyby same arcydzieła. Filipowicz miał w sobie podobną niechęć do otwartego pisania o emocjach co Szymborska, próbował "docierać do wnętrza człowieka przy pomocy relacjonowania związków pomiędzy ludźmi a ludźmi, ludźmi a zwierzętami i rzeczami, a nawet rzeczami a rzeczami" - jak sam o sobie pisał. Artur Sandauer zauważył kiedyś, że Filipowicza interesowała prowincjonalna, zwykła Polska, szary Polak z miejscowości Cieszyn, dziewczyna z małego miasteczka jak w "Miłości prowincjonalnej". Powracającym tematem jego utworów jest los polskich Żydów, ale też dramat Polaków - bezradnych obserwatorów Zagłady. W recenzjach z jego książek powtarzają się takie określenia jak prostota, zwięzłość, dyskrecja, precyzja, powściągliwość.

Po wojnie Filipowicz wrócił do Krakowa z obozu skrajnie wyczerpany, a czekało go jeszcze wile trudnych chwil. Nie zapisał się do partii, ale zachował lewicowe sympatie, współpracował m.in. z "Kuźnicą". Jego podpis obok podpisu m.in. Wisławy Szymborskiej zachował się pod niechlubną rezolucją krakowskiego oddziału ZLP z lutego 1953 roku popierającą władze PRL, które w sfingowanym procesie pokazowym skazały na karę śmierci księży kurii krakowskiej. Ani Filipowicz ani Jaremianka - twórcy wywodzący się z przedwojennej lewicy - nie mieścili się w kanonach socrealizmu, ona niewiele wystawiała, on niemal nie publikował, razem biedowali. Maria zachorowała na białaczkę, leczono ją w Paryżu m.in. przeszczepem szpiku od siostry bliźniaczki, Nuny. Maria zmarła 1 listopada 1958 r. w Krakowie, jej siostra, u której białaczka ujawniła się po pobraniu szpiku do przeszczepu - cztery miesiące później. Filipowicz zajmował się w chorobie zarówno żoną jak i szwagierką.

W latach 50. objęty częściową cenzurą pisarz próbował sił jako reporter, zajmował się także fotografią, zwłaszcza złowionych ryb. Był wędkarzem obsesyjnym, nad wodą czuł się szczęśliwy, ryby pojawiają się także w prozie Filipowicza, same opowiadania wędkarskie to dwa tomy: "Mój przyjaciel i ryby" i "Dzień wielkiej ryby". Zwierzęta u Filipowicza - zamiłowanego kociarza - często są nosicielami tajemnicy istnienia.

Pisarz współpracował między innymi z braćmi Stanisławem i Tadeuszem Różewiczami przy realizacjach filmowych jako scenarzysta i członek nieoficjalnej grupy "Miczura-Film". Z Tadeuszem bardzo się zaprzyjaźnili, a stałym motywem ich korespondencji (te listy także były w cudownie odnalezionej walizce) są namowy Różewicza żeby Filipowicz, który stracił zęby w obozach, wstawił sobie wreszcie sztuczną szczękę. Poeta wypomina mu to z braterską niemal troską jeszcze w latach 60.

Kiedy się w sobie zakochali Kornel Filipowicz miał 56 lat, Wisława Szymborska była o 10 lat młodsza. Parę połączyło uczucie, o którym raczej nie opowiadali światu. W ich związku najważniejsze było zaufanie i zrozumienie, nigdy nie zamieszkali razem. Dopiero po jego śmierci Wisława Szymborska wyznała: "Byliśmy ze sobą 23 lata. Cudowny człowiek, świetny pisarz. Nie mieszkaliśmy razem, nie przeszkadzaliśmy sobie. Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie". Po raz pierwszy spotkali się w latach 40. "Nie pamiętam, gdzie to było, ale pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił. Siwiejący blondyn, opalony, w niebieskich wypłowiałych spodniach, bluzie w takim cudownym żółtym rozbielonym kolorze. Pomyślałam: +Boże, jaki piękny mężczyzna+. Ale to nie miało wtedy żadnych konsekwencji. Przez całe lata patrzyliśmy na siebie z daleka. Myślę, że dopóki byłam w partii, nic między nami nie było możliwe" - opowiadała Szymborska po latach Annie Bikont i Joannie Szczęsnej.

Wpływ Filipowicza na orientacje polityczne Szymborskiej jest wyraźny - poetka wystąpiła z partii w roku 1966 - tym samym, kiedy zaczął się ich związek. Razem, jesienią 1975 roku podpisali memoriał do Sejmu, tak zwany List 59, protestujący przeciwko projektowi wpisania do konstytucji kierowniczej roli PZPR i sojuszu ze Związkiem Sowieckim. To właśnie od tego czasu Szymborska zaczęła otwarcie opowiadać się po stronie opozycji antykomunistycznej. Podpisy Szymborskiej i Filipowicza pojawiły się też w 1978 roku pod deklaracją założycielską Towarzystwa Kursów Naukowych, instytucji związanej z KOR. W czasie stanu wojennego wokół Filipowicza gromadzili się krakowscy opozycjoniści.

Włodzimierz Maciąg wspominał: "Kornel stał się kimś skupiającym wokół siebie prawie wszystkich zbuntowanych i teraz już jawnie wrogich porządkowi komunistów. To wyłonienie się Kornela jako niekwestionowanego autorytetu było dość zagadkowym procesem w środowisku notorycznych egotystów. Kornel przyjął te nieformalne godności z właściwym sobie dystansem do rzeczy. Żadnych w nim nie było skłonności przywódczych i pewnie dlatego zaufaliśmy mu jak pewnie nikomu w tych czasach. (…) Żyję już wiele lat i nigdy nie zetknąłem się z kimś, kto zdobyłby sobie tak wielki szacunek, a w końcu - trzeba to sobie powiedzieć - miłość swego koleżeńskiego otoczenia bez widomych po temu zabiegów".

Z Szymborską oboje lubili purenonsens i mieli ironiczne poczucie humoru - wiele listów pisanych było na zabawnych kartkach pocztowych. Szymborska stosowała też wymyślne papeterie, dla żartu wchodzili w listach w różne role - ona stylizowała się na hrabinę Heloizę Lanckorońską, on odpowiadał jako wypełniający jej rozkazy plenipotent Eustachy Pobóg-Tulczyński. Stałym elementem korespondencji są relacje Filipowicza z wypraw na ryby, które uwielbiał. Szymborska nie do końca podzielała jego zamiłowanie do spędzania czasu na łonie często zimnej i mokrej przyrody, choć z czasem ukochany zdołał ją przekonać i do tego. "Panie Filipowicz! Osoba, z którą się Pan zadajesz, to nawet nie wie, gdzie ryba ma głowę, a gdzie ogon. Zastanóf się Pan, czy taka znajomość nie kąpromituje uczciwego rybaka. Przyjaciel" – ten anonim to jeden z pierwszych liścików Szymborskiej. W wędkarstwo nie wciągnęła się nigdy, mawiała, że zawsze jest duchowo po stronie przynęty, czyli wiaderka rosówek - stałego towarzysza na tylnym siedzeniu podczas samochodowych wypraw nad wodę. Przy Filipowiczu odkryła jednak radość zbierania grzybów. Początek ich związku wyznacza pojawianie się w poezji Szymborskiej świata przyrody. "Najlepiej w życiu ma Twój kot" - taki tytuł ma książkowe wydanie listów Szymborskiej i Filipowicza (2016).

Koty były ważne w ich życiu, kotki Filipowicza - Kizia, a potem Mizia - były tematem zabaw literackich, razem napisali całą serię absurdalnych dwuwierszy o nich. "Przyszła Kizia zjadła śledzia/ i spytała się o Fredzia", "Przyszła Kizia zjadła klenia/ i w tygrysa się zamienia", "Przyszła Kizia zjadła szprota/ i udaje superkota" - to tylko niektóre z nich. Bohaterką jednego z najbardziej znanych wierszy noblistki "Kot w pustym mieszkaniu" jest Mizia. Wiersz powstał po śmierci Kornela Filipowicza w 1990 roku.

"Kornel zawsze czuł się socjalistą" - mówiła Szymborska. "Kiedy już bardzo zapadł na zdrowiu i jego dni były policzone, przyjechał do niego Jan Józef Lipski i wręczył mu legitymację PPS z niskim, jednocyfrowym numerem. To była jego ostatnia radość" - wspominała w rozmowie z Anną Bikont i Joanną Szczęsną. Wedle relacji Jana Pieszczachowicza Szymborska po otrzymaniu Nobla powiedziała mu: "Szkoda, że Kornel nie może tego zobaczyć. Dla mnie byłoby to coś więcej niż oficjalne splendory. To on powinien dostać jako prozaik wielką nagrodę".

Razem z biograficzną książką Sobolewskiej ukazał się tom "Pamiętnik antybohatera i inne utwory", w której zebrano dwa opowiadania, jedną mikropowieść i wiersze Kornela Filipowicza. Obie książki ukazały się nakładem wydawnictwa Iskry.(PAP)

autor: Agata Szwedowicz