Poland

Białoruska dziennikarka Katia Borisewicz skazana na pół roku więzienia. "Władze chcą wbić nas w asfalt"

Po niemal czterech miesiącach śledztwa sąd w Mińsku skazał we wtorek dziennikarkę niezależnego portalu Tut.By Jekatierinę Borisewicz na sześć miesięcy pozbawienia wolności i ok. 950 euro grzywny.

Jakie przestępstwo popełniła dziennikarka? W listopadzie Borisewicz napisała tekst o zmarłym kilka dni wcześniej po pobiciu przez siłowików Romanie Bondarience. Lokalny artysta i aktywista starał się zapobiec zerwaniu przez tajniaków biało-czerwono-białych wstążek w podwórzu swej kamienicy. Zgodnie z oświadczeniem komitetu śledczego, MSW Białorusi, a nawet samego Aleksandra Łukaszenki, mężczyzna zmarł, bo pod wpływem alkoholu wdał się w bójkę na mińskim placu Przemian.

Borisewicz obaliła tę wersję w jednym ze swoich tekstów. Powołując się na świadectwo lekarza Artioma Sorokina pracującego w szpitalu, w którym zmarł Bondarienko, ujawniła, że we krwi mężczyzny nie wykryto śladów alkoholu.

Przyłapanie władzy na kłamstwie nie spodobało się komitetowi śledczemu. Mimo że bliscy zmarłego nie mieli do pracy Borisewicz zastrzeżeń, a wręcz wyrażali jej wielokrotnie wdzięczność za ujawnienie informacji o stanie Romana i jego „rehabilitację”, władze oskarżyły dziennikarkę o „ujawnienie tajemnicy lekarskiej”.

Niespełna tydzień po publikacji tekstu 36-letnia Borisewicz, znana w mińskim środowisku korespondentka sądowa, zniknęła. 19 listopada funkcjonariusze struktur siłowych zatrzymali ją w drodze do sklepu. Do mieszkania, w którym czekało na nią samotnie wychowywane przez nią dziecko, wróciła już w towarzystwie milicji. Jak relacjonował portal Tut.By, podczas rewizji i zatrzymania dziennikarka nie miała możliwości wyjaśnić córce, co się dzieje ani dokąd jest zabierana. Tego samego dnia została przewieziona do aresztu.

Borisewicz została uznana przez Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiesna” za jednego z 262 więźniów politycznych. Jest także trzecią dziennikarką, którą w ostatnim czasie za relacjonowanie przestępczej działalności reżimu skazano na karę bezwzględnego pozbawienia wolności.

Wiktoria Bieliaszyn: Kiedy Katia Borisewicz wyjdzie z więzienia?

Marina Zołotowa, redaktorka naczelna niezależnego portalu Tut.By: Jeśli wyrok sądu się uprawomocni, Katia wyjdzie z więzienia 19 maja. Sąd skazał ją na pół roku więzienia, ale czas, który od 19 listopada spędziła w areszcie, zostanie „zaliczony” do wyroku.

Jak to możliwe, że dziennikarka została skazana za ujawnienie tajemnicy lekarskiej, skoro osoba, której ona dotyczyła, zmarła, a jej rodzina nie tylko nie ma do Borisewicz pretensji, ale jest wręcz jej wdzięczna?

- Na tym polega paradoks całej sytuacji. Sprawa związana z ujawnieniem tajemnicy lekarskiej powinna zostać zainicjowana przez poszkodowanego lub osoby go reprezentujące, w tym przypadku jego bliskich. A rodzina Bondarienki nie ma jakichkolwiek pretensji, bo Katia, ujawniając, że zmarły aktywista był trzeźwy, choć władze robiły wszystko, by przedstawić go jako przedstawiciela marginesu społecznego, pijaka i awanturnika, „zrehabilitowała” go w oczach opinii publicznej. W tym przypadku stroną oskarżającą jest więc komitet śledczy.

Bo Borisewicz przyłapała władzę na kłamstwie.

- Nam wcale nie chodziło o to, żeby kogoś przyłapywać na kłamstwie, tylko by sprawdzić fakty. Katia  opisała najpierw oficjalną wersję komitetu śledczego, zgodnie z którą zmarły na skutek pobicia Roman Bondarienko był nietrzeźwy. Chociaż tak naprawdę przecież to nie miało większego znaczenia, ważny był sam fakt, że na skutek brutalnego pobicia zmarł człowiek.

Później jednak w internecie, m.in. na niezależnych kanałach w komunikatorze Telegram, zaczęły pojawiać się zdjęcia dokumentów, z których wynikało, że we krwi zmarłego nie było śladów alkoholu. Katia otrzymała od redaktora zadanie, miała sprawdzić, czy dokumenty są prawdziwe. Zrobiła to. Kilka dni później przeciwko niej i lekarzowi Artiomowi Sorokinowi, który potwierdził, że Roman Bondarienko był trzeźwy, wszczęto postępowanie karne. Zabójców Bondarienki natomiast nie szukano.

Dziennikarze mają szanse na sprawiedliwy proces?

- Żadnych. Przeciwko nim zeznają anonimowi siłowicy w kominiarkach, ze zmienionymi danymi osobowymi. To im zawsze wierzy sąd. Co więcej, obecnie wszyscy jesteśmy pozbawieni statusu mediów, więc niezależne redakcje nie mają wstępu na posiedzenia sądowe, m.in. na rozprawy Wiktara Babaryki, niedoszłego kandydata na urząd prezydenta, na wiele państwowych wydarzeń, konferencji. Akredytowani są tylko dziennikarze mediów państwowych.

To nie pierwsze problemy redakcji Tut.By.

- Władze zaczęły wywierać presję znacznie wcześniej. Poważnie zrobiło się już na początku kampanii wyborczej w 2020 r., kiedy dziennikarze byli zatrzymywani i przewożeni na komendy, rzekomo „w celu sprawdzenia dokumentów”. Spędzali tam kilka godzin, co uniemożliwiało im pracę, ale byli zawsze wypuszczani.

W sierpniu doszło do masowych pobić. We wrześniu dziennikarze piszący na temat protestów i relacjonujący je zaczęli być karani masowo aresztami. Najpierw to były dwa, trzy dni pozbawienia wolności, później już nawet 15. Dziennikarzy zatrzymywali w hotelowych pokojach, skąd nagrywali protesty. Aż doszliśmy do spraw karnych. Dwie dziennikarki Biełsatu zostały ostatnio skazane na dwa lata więzienia, bo relacjonowały jedną z akcji, we wtorek zapadł wyrok w sprawie Katii, sprawy karne toczą się ciągle przeciwko przedstawicielom Press Clubu i Białoruskiego Związku Dziennikarzy. Nie sądziliśmy, że dojdziemy do takiego momentu. Że nasza praca stanie się stąpaniem po polu minowym.

Ilu dziennikarzy pani redakcji było aresztowanych?

- Sześcioro odsiedziało co najmniej kilkanaście dni.

Jak to wpływa na pracę w redakcji? Czy pojawia się autocenzura?

- Dzisiaj analizujemy każdą sytuację, oceniamy ryzyko. Wolność naszych pracowników jest dla mnie ważna, jeżeli wspólnie uznajemy, że w jakiejś sytuacji nie warto ryzykować, to odpuszczamy, ale wszystkie najważniejsze sprawy i tematy nadal podejmujemy. Wiedzieliśmy, na co się decydujemy. Praca dziennikarza nie jest przecież przymusem. Jeżeli ktoś nie chce, nie musi jej wykonywać. My pracujemy uczciwie, prawda jest dla nas najważniejsza. Wiemy też, że nie ma odwrotu. Dzisiaj nasi dziennikarze idą do więzienia za pracę w zawodzie. Za zadawanie pytań, weryfikowanie faktów, szukanie prawdy. Władze starają się wbić nas w asfalt.

Czy władze starają się jeszcze stosować jakieś półśrodki? Cenzurować media w mniej radykalny sposób?

- Teraz już nie. Kiedyś próbowano prowadzić z nami dialog, wysyłać groźby, zmuszać do usuwania jakichś tekstów. Dzisiaj, jak coś się dzieje, to od razu. Sprawy karne, rewizje, areszty, więzienie.

Wiosna ma przynieść kolejne masowe protesty. Co wtedy?

- Będziemy je relacjonować. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. My już nie możemy się cofnąć. Jeśli to zrobimy, pozwolimy na przekształcenie Białorusi w Kore Pnocn. Walczymy o to, by stać się Europą.

Jak można pomóc Białorusinom, ale i redakcji?

- Nam można pomóc, zamieszczając u nas reklamy. To pomogłoby nam finansowo. Żadna inna pomoc finansowa czy rzeczowa nie jest możliwa, bo groziłaby nam sprawa karna. A nam wszystkim ogólnie? Mówić o nas, nie zapominać o tym, co się u nas dzieje. Wiem, że sprawy białoruskie znikają z radarów, a dla nas to dramat. Bo my, mieszkańcy Europy, ponad 9 milionów obywateli, jesteśmy niszczeni przez władze.

Football news:

Mbappe dancing on the table 🕺 Watch as PSG celebrate their semi-final exit with passion
Pochettino on reaching the semi-finals: It's all down to the PSG players. I missed the adrenaline
Manuel Neuer: Bayern should have played better in Munich. We missed a lot of chances
Hans-Dieter Flick: Bayern lacked the final touch in attack. Congratulations to PSG
PSG President: We have invested a lot in the club to win the Champions League. Neymar and Mbappe have no reason to leave
Tuchel about 0:1 with Porto: Maybe not the best game to watch. Chelsea deserved to win after 180 minutes
Neymar on reaching the 1/2 Champions League: We knocked out the winner of the tournament. Now PSG should always strive to reach the semi-finals